Paczka radomskich
Autorzy
Fragmenty opowiadań
Marcina Kępy

Fragmenty opowiadań
Ziemowita Szczerka

Ilustracje
Napisali o książce
Gdzie kupić / Kontakt

Kolumbiada
(...) Jest w Radomiu wiele miejsc nie odkrytych. Czekają na swojego Kolumba, który - niby przypadkiem - posiądzie ich swoistość, oryginalność, wielkość, a potem - naturalną drogą - rozsławi je i wypromuje, co jednocześnie zabije nieodkrytość, tajemnicę oraz ładunek emocji i znaczeń, jakie mogą te miejsca wywołać u kolejnego, potencjalnego "podróżnika".
Często zastanawiałem się, idąc czy jadąc pociągiem albo autobusem - co kryje się w starych, postindustrialnych budynkach z peerelowskimi napisami, w zdezelowanych barakach, czerwonych kamienicach, bramach i wnętrzach podwórek, mijanych wielokrotnie i po tysiąckroć. Jakie tajemnice noszą w sobie radomskie zabytki - kościoły, budynki urzędów, cmentarze? Te obiekty były i są tylko momentem, chwilowym zawieszeniem oka, zawieszeniem w ruchu, przerwą w dynamice. Jakby to określił Białoszewski - wycięciem z pomieszanych form ulicy połowy twarzy, oblicza. Ta druga część pozostanie na zawsze niewiadomą (...).


Półtora wieku w zniczu i kamieniu
(...) Wchodzę przez żelazną czarną bramę. Na cmentarzu przy Limanowskiego niemal żywego ducha.. Żar leje się z nieba na granitowe groby, marmurowe nagrobki, grobowce, stare metalowe krzyże i pomniki. Rozbuchane gorące powietrze - niczym symboliczny ekwiwalent materializacji ducha - lśni w słońcu i spowalnia czas, który i tak zawsze płynie tu wolniej. Czwarty wymiar zahacza o najstarsze nagrobki z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, zaciera i tak już mało widoczne ozdobne litery na pamiątkowych tablicach. Właściwie to niewprawne oko odszyfrowuje tylko D.O.M. i pojedyncze słowa, z których ciężko ułożyć logiczną całość, znaczeniową sekwencję, która wywołałaby jakiś obraz czy skojarzenie pod rozgrzaną czaszką i półprzymkniętymi powiekami (...).


Sól ziemi
(...) To nic, że nie ma już komu doglądać tych grobów. Trwają majestatyczne, dumne, surowe, wyciosane sprawną rzemieślniczą ręką. Wbrew klimatowi, otoczeniu i ludziom zachowują powagę i dostojność. Ogołacane z metalowych elementów, sprzedawanych przez lokalnych barbarzyńców na złom, mogiły przemysłowców, fabrykantów, pastorów, nauczycieli, rzemieślników w milczeniu przyjmują tę nagrodę za dwa wieki pracy z zaciśniętymi zębami, poświęcenia i wydźwignięcia tego miasta z niemocy. Niski murek cmentarny rozsypuje się tu i ówdzie, tknięty stopami obutymi w brudne adidasy, tandetne męskie pantofle czy dermowe (prawie darmowe) plecionki z korei (...).


Kirkut
(...) Żydów w Radomiu już nie ma, a ten rozpadający się cmentarz jest tylko milczącym i martwym dowodem ich niegdysiejszej bytności. Na warstwach kości rośnie dziki park, któremu pozwolono onegdaj swobodnie się rozwijać, usuwając niewygodne drzewom nagrobki, służące potem jako kostka brukowa ulic. Nieodparte z nią skojarzenia wywołują leżące zdłuż cmentarnego muru szczątki macew, ułożone symetrycznie, niczym kafelki w łazience czy płyty chodnikowe.

Chodnik. Chodnik. Chodnik. Po trzykroć chodnik.


Cerkiew, groby i chaszcze
(...) Na cmentarzu prawosławnym zaczyna brakować miejsca. Od wielu lat chowają tu także katolików, przez co prawosławie łączy się w ekumenicznym uścisku śmierci i spraw ostatecznych z wiarą katolicką. Blisko tysiąc lat potrzeba było, by w Radomiu obok siebie spoczęli - rozdzieleni wieczystą schizmą - Polak i Rosjanin. Dostojewski przewraca się w grobie. Zlatynizowani Słowianie razem ze Słowianami przeczystymi, Polaczkowie i Ruscy, carscy notable z potomkami polskich panów - już na zawsze razem. Mortualny panslawizm u zarania trzeciego tysiąclecia. (...)


Rzeźby wojny i pokoju
(...) Na Plantach mieszkali niemieccy oficerowie. Codziennie rano pastowali i polerowali swoje oficerki, stukali nimi o wyszczerbione schody, na których teraz notorycznie przesiadują brudne dzieci z odrapanymi kolanami. Czasami taki oficer z rasy panów - wyszedłszy na podwórko - dawał przestraszonemu dziecku na trzepaku lizaka albo cukierka. Szeroki uśmiech na jego wyniosłej twarzy o ostrych rysach i hakatowskiej szczęce gasł jednak, kiedy ulicą podążał w stronę małego getta, by ostatecznie rozwiązywać kwestię żydowską. Wieczorami, po pracy, grał w karty i pił piwo w niemieckim klubie - Deutsches Hous - mieszczącym się w pięknym, zabytkowym budynku resursy obywatelskiej. Któregoś razu z bramy opodal wyskoczyło kilku młodych chłopaków i przez okno wrzucili bombę. I to był koniec pana oficera z Plant. W jego kawalerce z kuchnią i spiżarką do końca wojny mieszkała jedna pani, która z rzadka tylko pokazywała się ludziom, bo nieładnie jej było w niemodnej, przerzedzonej peruce. Dopiero po jakimś czasie, kiedy wystrzyżone plackami włosy nieco odrosły - można było zobaczyć ją w okolicach łaźni, jak karmi tłuste stalowe gołębie i plotkuje z granatowym policjantem (...).


Pięćdziesiąt gramów duszy
Iłża. A czemu nie? Tutaj też żyją ludzie, tutaj - mimo dołującej, ziejącej pustką atmosfery - też coś ciekawego może się wydarzyć. Może i wydarza się. Raz na zawsze, bez kronikarza i obiektywu, w przestrzeń, w pustkę. Najciekawsze rzeczy uchodzą dokumentalistom, żaden skryba nie połasi się na nie, ulatują jak dym z komina, jedna za drugą. Pozostałe czyny i rozmowy spisują ludzie nieciekawi i drętwi. Tętno życia, puls wieczności tkwi w małym miasteczku Iłża - w bezruchu, w skamielinie, w wątpiach lokalnego piekiełka. W oczach barmanki w "Złotej Kaczce" - ślicznej blondynki o smutnym wejrzeniu. Pewnie takim wzrokiem wita każdego gościa, w nadziei, że zabierze ją stąd, powiezie w nieznane, na złość i wbrew matce prowadzącej lokal, pijącemu od niepamiętnych czasów ojcu, braciom, którzy zdążyli ustawić się w wielkim mieście (...).


Kwaśny deszcz
Obok Wałowej, w pobliżu Staromiejskiej, wznosi się minaret, a raczej komin z czerwonej cegły wysyłający w niebo ciała astralne dawnych i dzisiejszych radomian. Kryty jasną blachą obiekt mieści w sobie małe okienka monad, przez które z gęstwiny materii wyglądają ludzkie twarze tuż przed zagładą. W pobliżu czerwonej wieży - odrapana zielona brama - patrząc przez nią z ulicy widać szczątki gałęzi, betonu i wypłowiałych, spłukanych w słońcu końca sierpnia suchych liści. Rozsypujący się krajobraz podtrzymują fundamenty średniowiecznych murów miejskich, zakopywanych z miesiąca na miesiąc, wciskanych w ziemię, gdzie ich miejsce. W obrębie landszaftu są też: dawne getto, tyły byłego kolegium pijarów, nowe rondo imienia księdza Kotlarza i czeluście Starego Ogrodu namaszczone duchowością przez dwa pamiątkowe kamienie i posadzony przy nich dąbek papieski (...).