Paczka radomskich
Autorzy
Fragmenty opowiadań
Marcina Kępy

Fragmenty opowiadań
Ziemowita Szczerka

Ilustracje
Napisali o książce
Gdzie kupić / Kontakt

Dżony
Kamienice - zauważa Johnny, bo trudno nie zauważyć - są brudne. Odrapane. Obłażą. I - co go dziwi - nikomu to nie przeszkadza. Bo niby coś - faktycznie - odmalowywują - konstatuje, mijając skrzyżowanie z Słowackiego - ale to wygląda jakoś tak... jakby im to odmalowywanie nie było do niczego potrzebne. Jakby odmalowywali, bo w telewizji widzą, że w sumie powinno być odmalowane. Bo w telewizji jest odmalowane. Ale w gruncie rzeczy tym ludziom tutaj - myśli sobie Johnny - nie mieści się w głowie, że jakby było wszystko odmalowane, zaaranżowane, to żyłoby się przyjemniej. Bo może być tak, że tutaj, w Radomiu, w Polsce - zaczął podejrzewać Johnny - ludziom po prostu nie mieści się w głowach, że można żyć przyjemnie. Że można chcieć, a nie musieć.


Siódemka
Wpycham bilet do blaszanego kasownika i uderzam mocno w jego pokrywę. Rozlega się metaliczny dźwięk. Odwraca się ku mnie siedząca pod kasownikiem kobiecina w szarej spódnicy, z torebką mocno dzierżoną na podołku, żeby jej kto nie wyrwał.

- No jeszcze niech mi pan w głowę przyłoży - mówi - niech mi pan nogę wyrwie, niech mnie pan pobije, niech mnie pan zabije.


Orbitujące miasto
Warszawa zawsze majaczy, jak fatamorgana, gdzieś za Michałowem, gdzieś u wylotu wylotówki. Czuć ją już zaraz za miastem, tam, gdzie zaczynają się przydrożne restauracje, salony samochodowe; gigablaszaki, w których sprzedaje się płytki łazienkowe, armaturę i kostkę brukową. I odwrotnie, Radom czuć już tam, gdzie kończy się Grójecka, na alei Krakowskiej, w okolicach Janek, pod Grójcem. Warszawa jest w Radomiu traktowana, jako jego naturalna konsekwencja; Nowy Świat, jak przedłużenie Żeromy, Ursynów jak Ustronie. Radom marzy o Warszawie, traktując ją jak upgradowany Radom, jak kolejny etap gry. You have completed the Radom level. System loading. Next level: Dworzec Centralny, Warsaw.


Schodki
Te żelbetowe, umierające bloczydła, Atlasy, podtrzymujące radomskie i polskie niebo, rozciągały się jak okiem sięgnąć. Miały powypisywane na swoich trędowatych tynkach imiona naszych królów, bohaterów narodowych, artystów i wieszczów. Były jak szyderstwo i kpina z tej stałości i majestatu, który miały symbolizować. Blaszane tablice z tymi imionami wgryzały się boleśnie w cielska blokowisk i kruszyły je samym ciężarem swojego brzmienia.


Mgła
Głowy kręcących się tradycyjnie w okolicach dworca młodzianów przypominają golone łby kapłanów jakiegoś tajemniczego bóstwa, kosmicznych mnichów w świecących, odblaskowych dreso-habitach. We mgle widać tylko te odblaski, tą poświatę w załamaniach kreszu, w skórze łysych głów. Mamroczą coś pod nosami, warczą i skrzeczą w niepojętym języku, jakby odprawiali pradawne rytuały.


O PRL-u, panu Teosiu i nieszczęśliwej miłości Mikołaja Mikołajewicz Płaskina
Mikołaj Mikołajewicz Płaskin szedł ulicą Warszawską, od strony resursy obywatelskiej. Wszedł na plac Przedbramny, mijał budynek dawnej loży masońskiej "Jutrzenki Wschodu", kościół Świętej Trójcy i protestancki zbór. Była wyjąca, zimna jesień roku 1899. Kończył się wiek i wszystko wskazywało na to, że kończył się świat. Czarnoniebieskie powietrze przeszywało przetarty i połatany urzędniczy szynel Nikołaja na wylot. Przyciskał się więc do drzwi i okiennic zamkniętych już kramów po lewej stronie ulicy. Gazowe latarnie rozświetlały tylko malutkie wyrywki gęstego mroku, materialnego, zdawałoby się, jak czarna opończa.

Skręcił w ulicę Rwańską, mijając potężną, posępną bryłę kościoła świętego Jana, wyczuwalną wszystkimi zmysłami, zalegającą w ciemności jak cielsko wielkiego, uśpionego monstrum.


Luty w Radomiu
Park Kościuszki nie był bezpiecznym miejscem, ale które miejsce w Radomiu było wtedy bezpieczne. Do ciągłego poczucia zagrożenia można przywyknąć. Dlatego - mimo ciągłej obecności dresów w altance, jak myśliwych na ambonie, zbierała się w parku zwierzyna łowna w postaci cudacznych punków, hipisów, metali jakichś, grunge'owców i czego się tylko dało.